Myśli o zakonie przewijały się u mnie dość często, w zasadzie od dzieciństwa. Przychodziły podczas pielgrzymek, czuwań… i odchodziły. Od liceum moja relacja z Bogiem się pogłębiła, zapisałam się do Ruchu Czystych Serc, aby walczyć o czystość duszy i ciała. Później poznałam chłopaka. Byliśmy razem 11 miesięcy. Bardzo się cieszyłam, że Bóg postawił na mojej drodze kogoś, z kim chciałam dzielić moje życie. Jednak pewnego dnia moje życie obróciło się o 360 stopni. Podczas mszy na rozpoczęcie klasy maturalnej szczególnie mocno zapadły mi w pamięć słowa: ,,Odtąd ludzi będziesz łowił”. Pojawiły się myśli, że Jezus pragnie mnie na wyłączną Mu służbę. Moje życie było już zaplanowane, a tutaj coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Zrozumiałam też, iż Bóg powołuje słabych ludzi, a nie ideały. Od tej chwili myśli o zakonie były tak natarczywe, że nie mogłam się w ogóle skupić na nauce. Zerwałam z chłopakiem, ponieważ czułam, że Bóg ma wobec mnie inne plany. Postanowiłam, że zaufam- niech prowadzi. Towarzyszył mi ogromny pokój serca i ogromna próba wiary- chłopak był wściekły i opuściło mnie kilku najlepszych przyjaciół. Ja jednak byłam niesamowicie szczęśliwa. Po kilku miesiącach poznałam kolejnego… i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, coś zaiskrzyło. Jednak po krótkim czasie znów zerwałam. I zaczął się kryzys…że coś ze mną jest nie tak, że jestem do niczego, że bawię się czyimiś uczuciami. Równocześnie byłam zbuntowana na Boga- nic z tego nie rozumiałam. Próbowałam się sama uszczęśliwiać. Stwierdziłam, że pójdę jednak na studia. Jezus jednak przyszedł mimo drzwi zamkniętych mego serca… W czerwcu odbywała się rekrutacja. Pojechałam do Zabawy, do bł. Karoliny pytać Jezusa, co mam robić. Tam, po tych kilku miesiącach duchowej nędzy zrozumiałam wreszcie, że bez Niego sama sobie nie poradzę. I choćbym nie wiem jak próbowała zagłuszyć powołanie, będę nieszczęśliwa, a On pragnie mojego szczęścia! Zrozumiałam, że Jezus już dał mi propozycję, a ja muszę dokonać wolnej decyzji. Zrezygnowałam ze studiów, bo czułam, że jeśli będę się ociągać, to coś przegapię. Przyjechałam, zobaczyłam, zostałam… i jestem bardzo szczęśliwa !

Nie wiem kiedy zrodziło się moje powołanie. Może wtedy, gdy jako mała dziewczynka odgrażałam się mojej cioci zakonnicy, która spośród wielu otaczających ją dzieci tylko mnie jednej nie pozwoliła przymierzyć swojego kołnierzyka. Oburzona na to powiedziałam po cichu” Bez łaski, ja będę kiedyś mieć swój”. Może właśnie te słowa Jezus potraktował serio. A może wtedy, gdy do mojej parafii przyjechały siostry, by modlić się o powołania zakonne i ja nimi zafascynowana, spędziłam wśród nich cały dzień, ku zmartwieniu moich rodziców. Być może zrodziło się ono na klęczniku przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, gdzie jako licealistka spędzałam często wagary.

Jak sobie przypominam, nigdy nie darzyłam specjalną sympatią sióstr zakonnych. Kojarzyły mi się zawsze z odwiedzinami mojej cioci, o której wcześniej wspomniałam. Chociaż wszyscy kochaliśmy ją, jednak pobyt jej w naszym domu dla nas rozkrzyczanych dzieci był trudny. Mama wciąż powtarzała jak refren ulubionej piosenki: „Dzieci cicho, ciocia się modli”. Te wspomnienia z dziecinnych lat nie miały później wpływu na moją decyzję o wstąpieniu do klasztoru.

Powołanie zakonne, które z łaski Pana stało się moim udziałem, było wielkim zaskoczeniem nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich, którzy mnie znali. Może dlatego, że najczęściej przebywałam wśród chłopców /dziewczynek miałam dość w domu: 5 sióstr/. Dobrze więc kopałam piłkę, jeździłam na rowerze, później też wybrałam zawód mechanika obróbki skrawaniem. Ubierałam się w spodnie i pewnie dlatego nazywano mnie w szkole Marcin. Nawet po wstąpieniu do klasztoru, jadąc autobusem słyszałam jeszcze: „ O! Marcin przyjechał”.

Moim marzeniem było pozostać na boisku sportowym. Bardzo trudno było mi się rozstać z dresem, który był moją ostatnią nagrodą za biegi w przełajach. Nie wiedziałam wtedy, że nadal będę mogła biegać w klasztornym ogrodzie. Jak widać, żadnych prognoz na powołanie zakonne. Jezus jednak był dla mnie Kimś ważnym, ale nie zawsze najważniejszym. Świadczyć o tym może pewien fakt. Razem z kolegą postanowiliśmy, że w Wielkim Poście w każdą niedzielę będziemy uczestniczyć w Gorzkich Żalach. Byliśmy wierni przez pierwsze tygodnie. Pewnej jednak niedzieli zdecydowaliśmy, że tylko odśpiewamy Gorzkie Żale i już nie zostając na kazanie pasyjne wyjdziemy, by zdążyć do kina. Już po wyjściu z kościoła w naszych spojrzeniach widać było niesmak i wyrzut. Film był mimo wszystko pociągający. Epizod pozornie drobny, ale znamienny. Ufam, że Jezus nie policzył nam tego grzechu /obydwoje jesteśmy habitowi/ i ilekroć do niego wracam, dziękuję Panu za to doświadczenie, bo stało się ono dla mnie okazją do refleksji: dlaczego moje wybory bywają i takie? Co jest ważne w moim życiu? Myślę, że to wydarzenie było jakimś punktem zwrotnym i kiedy stanęłam przed zasadniczym pytaniem: Co robić? Kto jest dla mnie najważniejszy? Zdecydowanie wybrałam Jezusa. I chociaż nadal różne bywają moje wybory, jestem słabym, grzesznym człowiekiem, nie wątpię jednak w Jego miłość. Wiem, że mnie kocha i On sam też jest jedynym Przedmiotem mojej miłości. A w Nim i z Nim kocham innych. Jak do tej pory każdego dnia byłam coraz szczęśliwsza w zakonie.

Ufam, że tak jak kiedyś spojrzał Jezus na mnie z miłością i powiedział mi: „ Pójdź za Mną i bądź Siostrą Duszy Chrystusowej”, tak kiedyś, również z miłością powie mi: „ Pójdź do Mnie. Czyż nie cudowne będzie to spotkanie?! Po okresie wpatrywania się w Niego przez wiarę, ujrzę Go takim jakim jest!

Siostra Duszy Chrystusowej l. 35

Kiedy przyszłam do domu ze świadectwem maturalnym, czułam ogromną radość, ale jednocześnie wiedziałam, że TO NIE KONIEC – TO DOPIERO POCZĄTEK. Musiałam dokonać wyboru – bardzo ważnego, mającego wpływ na całe moje życie. Rodzice mieli swoje oczekiwania, ja swoje marzenia, a Pan Bóg – swój plan. Kiedy byłam pytana o plany na przyszłość często odpowiadałam: TAM, GDZIE POWINNAM. Mało znacząca odpowiedź niektórych wprawiała w złość, u innych budziła uśmieszek, prawie zawsze kończyła rozmowę. Lecz ja wiedziałam, że to „owo, gdzie powinnam” to Zgromadzenie Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. Byłam świadoma, że wybieram różę z kolcami, ale poszłam.

22 sierpnia 2008, piątek.

Zadzwoniłam do furty. Drzwi otworzyła jedna z sióstr:

– „Ty jesteś Ula?”
– „Tak”
– „Zapraszam…”

I wtedy – radość na twarzach sióstr, łzy w oczach moich rodziców i dwóch młodszych sióstr. Ja pomiędzy nimi.

A teraz – piękno codzienności, w której cieszę się chwilą obecną, by iść MIMO WSZYSTKO, a nie POD WARUNKIEM, ŻE…

Co będzie później? – Tabor, Golgota… Jednak wiem, że nigdy sama…

s. Ula