Dziś, gdy opisuję ten moment, przyszła mi myśl, że może Ksiądz o naszym przybyciu telefonicznie zawiadomił Komendanturę, bo wyglądało, że czekali na nas. Po wyjawieniu, o co nam się rozchodzi, skąd przybyłyśmy, kto my jesteśmy, wszyscy wielu ich było z pogardą wskazali na drugi pokój, gdzie w drzwiach stało dwóch żołnierzy z najeżonymi bagnetami – pikami, a wewnątrz pokoju znajdowało się kilka kobiet i mężczyzn, wielce smutnych i wylęknionych śmiertelnie. Wskazując na nich powiedzieli ostro: „My takich ptaszków jak wy, już mamy dość!” „A wracajcie sobie tam, skąd przybyłyście!”
„Mój Boże! – myślałam – to my z takim utęsknieniem jechałyśmy do Polski, a tu nas takie podejrzliwe przyjęcie spotyka?!”
W mgnieniu oka zwróciłam się do Boga Ojca, prosząc o wyprowadzenie nas cało z grożącego niebezpieczeństwa. Była to chwila, która błyskawicznie oderwała mnie zupełnie od ziemi, oddając w objęcia Wszechmocnego Boga, gdyż On jeden może nas uratować! A zarazem byłam ciekawa, jak to nasz Najukochańszy Bóg Ojciec wyprowadzi z tej strasznej sytuacji. Zaczęłam do oficerów mówić: „Jakże my do domu powrócimy, kiedy wszyscy z rodziny naszej już są w Polsce, a dom nasz zajęli bolszewicy, my zaś z taką radością i wiarą i pełnym zaufaniem jechałyśmy do Polski!”
W tej chwili, gdy oficerowie nawet słuchać nie chcieli, co mówiłam, a powtórnie kazali nam się wynosić skąd przyszłyśmy, nadszedł jakiś nowy oficer, przysłuchując się uważnie rozmowie.
„Panowie, mówi, czekajcie! ja znam tę panią, a nawet całą rodzinę!”
Ja zaś mówię, iż go nie znam, bo nie poznałam w wojskowym mundurze kto to był, gdyż byłam naiwnie „prawdomówna”.
Wówczas nieznajomy oficer zaczyna opowiadanie, którego z natężeniem wszyscy słuchali. „Gdy w 1918 roku bolszewicy zdobyli Żytomierz i nas kilku poszukiwano, państwo Tajberowie na swym fabrycznym strychu pomiędzy workami przechowywali nas w ciągu dłuższego czasu, ratując nam życie. Potem w 1919 roku jesienią, gdy nas wielu zaaresztowano i dwóch nas, mnie i pana d’Ersewila, który był pracownikiem w biurze fabrycznym u pp. Tajberów miano rozstrzelać, ja wprost cudem w bieliźnie uciekłem poza zlewy i zarośla, kiedy tamtego rozstrzeliwano! Teraz cieszę się i Bogu dziękuję, że mogę tej zacnej rodzinie wywdzięczyć się, ratując jej członka!”
Mówił to tak dziwnym głosem, z tak wielkim przejęciem, że słuchacze byli tym wypadkiem jakby oszołomieni. Po chwili oficerowie po kolei z pewnym wstydem, podchodzili do mnie i przedstawiwszy się salutowali z uszanowaniem, tak że atmosfera w mgnieniu oka zmieniła się.
Panowie wojskowi prędko poszli do P. Komendanta, a wybawiciel nasz zaczął mnie serdecznie wypytywać o braci, sióstr i znajomych po imieniu, z czego widać było, że był to szczery przyjaciel naszej rodziny. Po chwili zawezwano nas do P. Komendanta, który przyjął nas w swoim gabinecie, gdzie na stole były porozkładane ogromne geograficzne mapy i grzecznie i uprzejmie dopytywał się o stosunki, jakie w Żytomierzu panują, jaki nastrój i dużo jeszcze, lecz prawie na żadne pytanie nie umiałyśmy należycie odpowiedzieć, gdyż chodziłyśmy tylko do kościoła, a poza tym nigdzie.
Po chwili zjawił się zawezwany żołnierz, któremu Pan Komendant polecił zwrócić się z nami do innego pana, o wydanie przepustek. Żołnierz przeprosiwszy mówił, że już wszystko spakowane, elektryczność zerwana i nie wie, gdzie może być ten oficer. Pan Komendant grzecznie, powoli, lecz z naciskiem powiedział: „Proszę natychmiast odszukać Pana X. i polecić mu ode mnie, by napisał przy świecy przepustkę dla tych Trzech Pań!” Żołnierz zasalutowawszy posłusznie odszedł, czekając w sieni na nas.
P. Komendant osobiście wyprowadził nas do środkowego pokoju, żegnając życzliwie, kiedy w tym czasie podszedł oficer z zapytaniem o jednego Żydka, który stał tuż koło nas, pytając o coś, więc spoglądałam na niego z litością, jak i na całą gromadkę. Wówczas Pan Komendant powiedział do mnie, zasłaniając mi ręką oczy: „Proszę nie patrzeć na niego, bo te ptaszki jutrzejszego słońca oglądać już nie będą i to czekało panie, gdyby nie oficer, który zna panią i za nią ręczy!”
Słysząc to, włosy jakby druty nam stanęły ze wzruszenia, a P. Komendant pożegnał nas życzliwie, ciesząc się iż nie zaszła krzywdząca pomyłka.
Podziękowawszy serdecznie P. Komendantowi i otaczającym panom wojskowym, wyszłyśmy oszołomione przeżyciami z cudownego ocalenia. Gdy stanęłyśmy w sieniach przy klatce schodowej i mnie poczęło się ze zmęczenia mącić w głowie, usłyszałam w duszy słodki, pełen radości i nieskończenie dziwnej miłości głos: „No co, dobrego macie Patrona i Opiekuna Zakonu?!… Czy wystarczy to świadectwo na stwierdzenie prawdziwości tego?!…”
Coś dziwnego stało się ze mną, bo przedziwna siła wzmocniła mnie, gdy znowu uczułam obecność i panowanie Boga w duszy, a z Nim napływającą energię!
Nim zeszłyśmy po schodach, gdzie żołnierz czekał cierpliwie, zdążyłam opowiedzieć P. Żurowskiej w krótkość, że Bóg Ojciec przemówił i co powiedział. O! z jakim zapałem, otuchą, wdzięczną miłością do tak kochającego Boga i Ojca biegłyśmy do domu, gdzie prowadził nas żołnierz.
Po chwili na pięknym dużym podwórzu, otoczonym ogrodem, kazał nam stać i czekać aż do nas powróci. Czekając w ciszy i skupieniu na przybycie oficera i przeżywając w wyobraźni i pamięci każdy szczegół na nowo, usłyszałam znowu Boga Ojca mówiącego: „Najmilsza moja, czy teraz uznajesz za prawdziwą, już dokonaną rzeczywistość, iż Ja Bóg Ojciec zachowałem „dla ciebie…” „dla was” i „dla Sprawy” owego pana, który dziś w tak krytycznej chwili już osobiście stwierdził, iż cudem został uratowany, gdy innego d’Ersewila rozstrzelano?!… Toteż cieszył się, iż mógł z długu wdzięczności wypłacić się rodzinie, ratując od śmierci jej członka – to ciebie! Czy teraz pojmujesz doniosłość i charakter wszystkiego, co zaszło i cel, dla którego powyższe dzieje powziąłem przeprowadzić?! – by Władzy Duchownej wykazać, iż wszystko co tobie zleciłem jest ze Mnie Boga, Moje jest, a zatem prawdziwe!! Więc teraz żądam od ciebie, ukochane dziecię moje, byś śmiało, choć zawsze z pokorą, niewzruszenie trwała przy Sprawie, zleconej tobie i ją szczerze przedstawiła Wyższej Władzy Duchownej – a staniesz się nie tylko współwybawicielką ludzkości z dzisiejszego jej okrutnego stanu, lecz też właściwe życie dasz Jezusowi w duszach, odsłoniwszy tajemnicę Jego życia w mistycznych członkach!”
Nie jest rzeczą ludzką opisać słowami to, co w owej chwili przeżywałam. Na samo wspomnienie przychylenia się Boga Ojca i odezwania się do mnie słowami ludzkimi, dziś po trzydziestu przeszło latach (1920 r. – 1951.) na nowo przenika mnie całą wielka radość! Bo miałam wówczas pełne wrażenie, iż nie jestem tu na ziemi, przesyconej nieszczęściem, złem, trwogą i krwią ludzką, a byłam już w zupełnie innym świecie, w Świecie Ducha Odwiecznego Boga, gdzie nie ma już zamętu ani jego zła, a panuje tylko błogosławiona miłość Boga, pokój i szczęście!
Za kwadrans żołnierz znowu stanął przed nami i poprowadził do biura, gdzie nadszedł wezwany wojskowy. Napisawszy przy świecy dla nas trzech ostatnią chyba w Zwiachlu przepustkę, żegnając życzliwie powiedział: „No teraz możecie panie jechać gdzie chcecie, czy do Warszawy, czy na drugi koniec Polski!”
Podziękowawszy serdecznie, wróciłyśmy z żołnierzem do naszego wozu. Ucieszony nasz przewodnik nareszcie doczekał się nas; zaraz zawiózł do swego krewnego, tuż za miasto, który miał nas wieść do Korca.
Nie będę już opisywać dalszej podróży ze Zwiachla do Korca, z Korca do Łucka, gdzie zastałyśmy naszego Biskupa, a po trzech dniach pojechałyśmy do Krakowa, bo takie było życzenie Jego Ekscelencji; choć ja chciałam jechać do Warszawy, do ówczesnego Nuncjusza Ratti’ego. Lecz usłuchałam Ks. Biskupa, gdyż Jego Ekscelencja uważał, że Kraków jest bezpieczniejszym, spokojniejszym miejscem dla badania naszej Sprawy i skierował nas do O.O. Jezuitów na Kopernika, ponieważ Książe Biskup Sapieha w tychże dniach wyjeżdżał do Rzymu.
Kończę opis dowodzący prawdziwości Patronatu Boga Ojca nad naszym Zgromadzeniem, które dn. 20 października w 1949 roku, licząc 105 członków, ze Stowarzyszenia zostało przekształcone w „Zgromadzenie Sióstr Najśw. Duszy Chrystusa Pana” i jego Konstytucje zostały wówczas zatwierdzone przez Jego Eminencję Najprzewielebniejszego Księcia Kardynała Adama Stefana Sapiehę.