Dn.18. XI. we czwartek o drugiej godzinie w nocy, po lichej brudnej herbatce, miałyśmy ruszyć w dalszą drogę z przewodnikiem i jego towarzyszem. Modlić się wspólnie, było to rzeczą niemożliwą w takim otoczeniu i to gdzie w karczmie. Lecz oddawałyśmy każda tych biednych ludzi pod Bożą opiekę, bo coś nieco zrozumiałyśmy z rozmowy słyszanej, że większa ilość bolszewickich wojsk ma jutro nadjechać, bo ma być przesunięta granica w głąb Polski. Lecz niezbyt wiele można było zrozumieć ze słów niewyraźnie usłyszanych, o co właściwie chodziło.
Jednym słowem duch bojaźni, trwogi i troski wielkiej, niepokojącej dał się wyczuć w otoczeniu. O! jacy oni wszyscy naprawdę byli biedni i materialnie i moralnie, a cóż dopiero mówić duchowo w znaczeniu nadprzyrodzonym?!… A my niesiemy tak wielką sprawę dla ukochanej Polski, dla Kościoła!! sprawę zleconą nam przez Samego Boga!… dla narodu! dla świata całego!!
Pod wrażeniem usłyszanych urywkowo wieści w karczmie, choć niezupełnie miałyśmy pojecie o stanie rzeczy, co do ustalenia granicy polskiej, zdawałyśmy sobie sprawę, że była to chyba ostatnia chwila, na wyruszenie w tak niebezpieczną drogę.
Obecnie jasnym mi było, dlaczego święty Ignacy Loyola i inni święci w widzeniu tak naglili do podróży.
Gdy ujechałyśmy kawał drogi, nasi woźnicy zatrzymali furmankę, mówiąc przyciszonym głosem, że teraz będziemy przejeżdżać tuż koło domu, gdzie straż graniczna bolszewicka zamieszkuje. Więc prosili, żeby usilnie modlić się o szczęśliwy przejazd, a sami koniom nogi szmatami owiązali, by czasem stuk kopyt nie zdradził nas, obudziwszy „czuwających”. Nasz woźnica głaskając to jednego to drugiego konia po kolei, szeptał im coś do ucha, głaszcząc im potem nozdrza, widać tak usposabiał koni, żeby teraz nie parskały, bo niebezpieczeństwo grozi. Z tego poznałam, że konie te widać znały się na tym, o czym gospodarz ich mówił im, po czym batem zakreślił wielki krzyż przed końmi. Podziwiałam rozum koński, w czym widziałam życzliwość Boga dla człowieka, że przyjaciółmi jego uczynił domowe zwierzęta.
I to spostrzeżenie wielce rozrzewniło mnie. A ludzie, myślałam, na obraz i podobieństwo Boże stworzeni tak odeszli od planu Bożego toteż tak są okrutni jedni dla drugich, kiedy Bóg ich stworzył dla miłości, przyjaźni i szczęścia, ze współżycia z Nim Bogiem Najlepszym.
Z rzewną prośbą zwróciłam się do Boga Ojca o opiekę nad nami, ukrywszy nas wszystkich w Bogu, jak to zwykła byłam czynić. Lecz w tej chwili bardziej rozchodziło mi się, by inne życie wśród ludzi nastąpiło, by każdy w Jezusie stał się jak On, bratem dla drugiego. By przyjaźń Boża jak On Stwórca chce tu na ziemi mieć w całym rodzaju ludzkim, zrodziła się przez zasługi Jezusa w duszach i z tego prawdziwe Królestwo Boże, o które w „Ojcze nasz” prosimy, naprawdę nareszcie zaistniało w całej pełni.
A tymczasem szatan coraz bardziej panowanie swoje rozszerza, rzucając w umysły ludzkie hasła, idei i wszelkie spekulacje, które nawet Boga Samego, z którego wszystko wzięło początek nie uznają, myśląc, że gdy powiedzą sobie – „nie masz Go!” – On Odwieczny, Wszechmocny zniknie, gdyż jest tylko błędem w naszym pojęciu i wyobrażeniu. Dopiero Pan Bóg by miał trwałe i jedyne miejsce dla Bytności Swej w takim bagnie i trzęsawisku, jakim stał się umysł ludzki skażony w styczności i zespoleniu się z szatanem po dokonanym grzechu pierworodnym!
To ci dopiero twierdza?!…
A właściwie umysł ludzki powinien być niewzruszoną, nieustraszoną twierdzą Boga!…
„Boże mój, Najdobrotliwszy Boże, wzdychałam, odmień rozum ludzki tak strasznie skażony i ociemniały!”
Niebezpieczeństwo w drodze, które nam wszystkim pięciu groziło, trzymało nas przy Bogu, toteż każdy z nas jak mógł, żył przy Bogu Bogiem! Nawet konie jakby z nami w jedno czuły i po końsku myślały, by tylko gospodarzowi dogodzić i nie parsknąć, bo on jest ich karmicielem. A człowiek?!… czy jest taki wdzięczny swojemu Panu i Stwórcy?!… Czy dziękuje Mu za to, co ma? i co daje co dzień?… każdej chwili?… A przecież wszystko, co tylko okiem sięgnie, czego tknie, kim i czym jest – wszystko ma od Boga!!…
I tak wciąż moja myśl powracała do Boga, że jest strasznie przez ludzkość skrzywdzony, a tak już dłużej pozostać nie może, myślałam. Trzeba koniecznie wszystkich ludzi obudzić do wdzięczności, by przejrzeli, że to jest przyczyną, iż tak źle na świecie!!
Siedząc na tym małym, posuwającym się wozie, zdawało mi się iż wszystko, wszystko się zmieni na świecie, gdy naprawdę usilnie będę tego chciała i wciąż pragnęła, a stanie się, bo Bóg Wszechmocny to sprawi, gdy ludzie dobrej woli będą tego usilnie chcieć i zawsze wciąż na nowo chcieć, by Bóg był przez naszą wdzięczność i wynagradzany; wówczas damy Bogu w sobie żyć, a On wszystko w nas i przez nas dokonać może!
Pogrążyłam się w modlitwie, lecz właściwie, o co inne aniżeli woźnica nas prosił – bo o biedną opętaną przez szatana ludzkość. Nie zauważyłam jak odjechaliśmy już na tyle, od niebezpieczeństwa, że koniom szmaty z kopyt pozdejmowano i mogliśmy jechać dalej za swobodniejszym duchem. Przewodnik uradowany dziękował Bogu, że przez całą drogę nikogo nie spotkaliśmy oprócz jednego, jadącego z dala na koniu bolszewika.

Tegoż dnia (18.XI.), we czwartek, o godzinie pierwszej czy drugiej po południu podjechaliśmy szczęśliwie do rzeki „Słucz”, płynącej niedaleko miasteczka Zwiachla (Nowogradwołyńska). Teraz nasi przewodnicy mówią: „Proszę się bardzo modlić, by tutaj nie spotkała nas straż graniczna bolszewicka, bo mogą w połowie rzeki nas wystrzelać, lub cało z powrotem zawrócić i uwięzić!”
O! strach niemały ściął nam krew w żyłach, a dreszcz błyskawicznie przeszedł po ciele, gdy weszliśmy końmi i wozem do rzeki. Cichutko, nie zatrzymując konie, za minutę byliśmy już na polskiej ziemi, przejechawszy ówczesną rosyjsko polską granicę, a z nią niebezpieczeństwo wciąż grożące, ciągnąc raźno pod piaszczystą górę.
Co za radość! Przecież przejechałyśmy szczęśliwie to straszne miejsce, a tu na wzgórzu widzimy kilku, w polskim umundurowaniu żołnierzy, którzy podbiegłszy do wozu pytali: „Skąd?” „Kto jedzie?!…” „Dokąd!” – oglądając nam pobieżnie wszystko, nawet i parasole, czy czasami nie są to jakie zdradliwe strzelby, następnie rozkazali nam dosyć grzecznie jechać do komendy policji po przepustkę, na dalszą drogę do Polski.
O! jakże nam było radośnie jechać, choć koniom nie bardzo, gdyż były zmęczone, toteż musiałyśmy po piachu kawałek iść pieszo. Gdy wjeżdżałyśmy do Zwiachla, poprosiłyśmy naszego poczciwego gospodarza, by najpierw zawiózł nas do tamtejszego Proboszcza. Ksiądz Proboszcz przyjął nas zimno, z dziwną podejrzliwością, nawet po przeczytaniu kartki od naszego Proboszcza z Żytomierza, Ks. Prałata Fedukowicza. I choć mówiłam Księdzu Proboszczowi, że wieziemy sprawę Najśw. Duszy Chrystusa Pana do Ks. Biskupa Dubowskiego, który o wszystkim wie, bo był nawet naszym spowiednikiem, odpowiedział ironicznie: „Gdyby to było prawdą, co Pani mówi, to Ks. Biskup by mi o tym dawno powiedział, bo żyliśmy ze sobą w bardzo serdecznej przyjaźni. O ile Panie nie chcą wpaść w ręce bolszewików, którzy jutro obejmą Zwiachel, bo obecnie granica jest ustalona pod Korzec, niech śpieszą do Komendantury policyjnej, by otrzymać na dalszą drogę przepustkę do Polski, bo Komendantura ma dzisiaj już wyruszyć do Korca!”
Widząc nieżyczliwość, zdenerwowanie Proboszcza, do którego z takim zaufaniem zwróciłyśmy się, żałowałyśmy, że wstąpiłyśmy tutaj. Lecz nie wolno było do Osoby Duchownej mieć niechęci, bo to boli P. Jezusa, więc za radę podziękowałyśmy i jak tylko mogłyśmy pośpieszyłyśmy do Komendantury.

Wchodzimy na piętro do dużego pokoju, gdzie pod oknem kilku oficerów przyciszonym głosem o czymś żywo rozprawiali. Gdy zobaczyli nas z takim samym podejrzeniem odnieśli się do nas, jak Ksiądz Proboszcz, obtoczywszy nas.