Na dzień 15 listopada w poniedziałek (1920 r.) ustalony był nasz wyjazd. W ciągu ostatnich trzech dn[i] kandydatka nasza oraz jej ojciec nieznacznie wynosili różne rzeczy od nas by je choć nieco spieniężyć na dalszą drogę koleją. Bo za drogę do Korca umówiłyśmy się z gosposią Jaworską płacić rzeczami jej krewnym. Przeznaczyłyśmy dwa ścienne dywany, koc, dużą wełnianą chustę, poduszki, nieco ubrania itp. Więc tym sposobem wioząc te rzeczy ze sobą, miałyśmy opłacać każdemu woźnicy .
I tak rzeczywiście się stało. Przyjechałyśmy do Krakowa ogołocone prawie z wszystkich rzeczy, gdyż miałyśmy tylko ręczne pakunki. Wieczorem w poniedziałek dn. 15. XI. o godzinie siódmej, pomodliwszy się serdecznie wyszliśmy potajemnie z domu, nic nie mówiąc bratowej ani służącej, pozostawiając klucz od frontu na szklanej przebudówce, a z kobietą, jej dwoma córkami i synem wyruszyliśmy w drogę. Gdy doszłyśmy o jakie 150 kroków do bramy, postawiwszy na ziemię dwa kosze, walizki i tobołki z pościelą, raz jeszcze uklęknąwszy wznieśliśmy dusze, prosząc Boga Ojca, Matkę Najświętszą, Chóry Aniołów i Świętych o opiekę nad nami.
Był to jasny księżycowy przepiękny wieczór, gdzie niebo usiane migocącymi gwiazdami, spoglądało jakby zaciekawione na nas. Dziwny czar ogarniał duszę moją, bowiem miałam wrażenie, że ziemia i niebo niby zmówiły się w usługach swoich dla Boskiej Sprawy, którą niosłyśmy w duszach do ukochanej, dopiero co od roku czy dwóch lat wskrzeszonej Polski, którą Bóg wybrał sobie na posłankę wielkich Swoich dzieł, mających dać światu odrodzenie, pokój, zjednoczenie z Bogiem i wieczne przymierze z Nim!…
Zdawało mi się, że mnóstwo rozradowanych Aniołów prawdziwie towarzyszy nam osłaniając przed niebezpieczeństwami drogę, którą musiałyśmy pieszo przejść niosąc ciężary w rękach o zakazanej policyjnie porze z zapartym niemal oddechem, myślnie modląc się.
Rzeczywiście, choć przechodziliśmy tuż koło domów, gdzie psy nikomu nie dawały przejść spokojnie, zdradzając zajadłym szczekaniem przechodniów, teraz ani jeden nie odezwał się i ani jeden człowiek nas nie spotkał. Gdy doszłyśmy za cmentarz tuż do rzeki „Kamionki” i tam za murem cmentarnym można było bezpieczniej nieco spocząć, przeniosłam się myślą do grobowca rodziców i brata, żegnając ich po raz ostatni. Podziękowawszy Im za wszystko dobro mnie wyświadczone, życzyłam wiekuistego pokoju i szczęścia! Oglądając po raz ostatni pełną wspomnień świętych okolicę, gdzie nawrócenie moje do Boga i zjednoczenie moje z Nim nastąpiło, przeniosłam się duchem i do domu rodzinnego, w którym tyle dobrego Bóg użyczył naszej rodzinie, a teraz dom został prawie pusty, bo tylko brat i bratowa pozostali. Podziękowałam Panu Bogu za wszystko, a zwłaszcza za przedziwne prowadzenie mej duszy i powierzenie mnie niegodnej Dzieła Boskiej Duszy!
Nie miejsce tu zastanawiać się nad tym i opisywać szczegółowo, co w owych kilkunastu minutach przeżywałam. Jedno mogę powiedzieć – uczułam wyraźnie, iż rzeczywiście jestem wybranką Bożą, w tej chwili ogołocona ze wszystkiego i oderwana od wszystkich, a prawdziwie cała należę do Boga, a w Bogu do całej biednej skołatanej ludzkości, której chciałam służyć zbawczo!… Niczego mi żal nie było, a tylko niewysłowiona wdzięczność potęgowała się w duszy, że Bóg Odwieczny oddał mi Siebie całego, pozwalając poznać Siebie i to żyjącego we mnie i zażądał, bym Go niosła w biedną ludzkość, odsłoniwszy żądania, co do Bytności Jego w Mistycznym Ciele, w którego członkach On chce wszechwładnie, świadomie dla nich żyć!! Czułam, ach! jak wyraźnie czułam w duszy mej Boga-Człowieka!!… A też czułam Trzy Boskie Osoby tak bardzo mi bliskie, tak bardzo miłujące mnie, że wszystko, co w życiu moim minęło i co pozostawiłam w domu w Żytomierzu, w porównaniu, co posiadałam w duszy – było niczym – snem tylko przelotnym, zaś Boża Rzeczywistość żyła we mnie, to Odwieczny Bóg, którego miałam odsłonić, by zarówno i wszyscy w sobie oglądali, uświadamiając Go w sobie! Tę Wolę Boga niosłam dla świata, by Bóg był uczczon[y] jak tego chce, przez każdą ludzką jednostkę, która Go przyjmuje pod osłoną chleba w sobie, by nauczyła się Nim dla Niego w Nim żyć!!
W chwili wdzięcznej adoracji, obudziło mnie do realnej rzeczywistości, od której odeszłam, otoczenie moje, zabierające się po chwilowym wypoczynku do dalszej podróży, przeszliśmy wąską kładką przez rzekę szczęśliwie. Ja zaś, pozostawiając na zawsze za nią świat trzydziestoletnich przeżyć, wchodziłam w nowe nieznane mi życie! O! czegoż nie spodziewałam się w nim?!… Myślałam, że przybywszy do Polski i odsłoniwszy Wolę Bożą zawartą w kulcie Boskiej Duszy Chrystusa Pana, jak w ogóle w całym dziele tworzącego się Jej Zakonu, Władza Duchowna pośpieszy przyjść z pomocą Chrystusowi Panu, by przeciwstawić się nawałnicy szatańskiej.
Toteż spodziewając się szybkiego zwycięstwa Boga, szłam śpiesznie, by nie przedłużyć ani chwili czasu, choć przez całą drogę nogi głęboko tonęły w piasku, utrudniając stawianie kroków, gdyż dla bezpieczeństwa nie jechaliśmy od samego domu końmi. Zdawało mi się gdy będę usilnie dążyła do wytkniętego mi przez Boga celu, przezwyciężę wszystko, bo Władza Duchowna wglądnąwszy w żądania Boga, oceni należycie rzecz całą i zaraz spełni Jego Życzenia, więc przekonana byłam, że wówczas świat się odmieni! Gdyż Duchy Niebieskie na nieustanne prośby i żądania rodzaju ludzkiego, za zezwoleniem Boga, wtłoczy złych duchów z powrotem do piekła, które sami sobie zgotowali i bramy piekła zawarte już nie pozwolą natrętnym bestiom owładnąć światem.
Przepełniona wiarą w Moc Boga, który chce ludzkość wyprowadzić z grożącego nieszczęścia, jakie czekało ludzkość, a Bóg tak jasno mi dawał poznać i wyczuć, iż zło straszne w skutkach nastąpi, o ile Duchowieństwo nie spełni żądań Bożych, śpieszyłam i każda minuta wydawała mi się rokiem, gdyż Bóg Najświętszy czekał i chciał, by wiele złego ominęło świat dusz, o ile gorliwie wezmą się do powierzonego Dzieła z Nieba, by je zrealizować w duszach!
W takim nastroju z radością szłam z gromadką do domku brata wspomnianej kobiety, skąd mieliśmy wyruszyć. Z czystym sumieniem mogę twierdzić, że Bóg Najświętszy dziwnie błogosławił nam wszystkim, gdy obarczeni szliśmy w szczerym polu.
Po dłuższej chwili męczącej drogi, z dala zawidniał domek, w którego oknie ledwo drgało światełko. Tutaj złożyliśmy rzeczy, które mieliśmy zabrać ze sobą i te, które przeznaczyłyśmy dla naszego przewodnika za drogę jako zapłatę.
Po chwili nasza gosposia Jaworska podała skromną wieczerzę, pożegnawszy się z nami serdecznie jak matka, śpiesznie odeszła z córeczkami i synem z rzeczami przeznaczonymi jej za usługi, jak również i te, które miała nam przechować do roku w razie naszego zarządzenia. Po krótkim paciorku ułożyłyśmy się do chwilowego snu.

Dziwny stan duszy owładnął mną, miałam wrażenie, że nowe dzieje świata piszą się na karcie życia ludzkiego!
Sam Bóg w Trzech Osobach Jedyny jest zainteresowany naszą małą gromadką i kocha jakby z nowym przejęciem to, co od wieków postanowił, a dziś realizuje.
Podróż nasza nasuwała mi w wyobraźni podróże Świętej Rodziny, toteż włączałam w Nią nas trzy jako Jej sługi, które dla Tegoż Jezusa Boga żyją i poświęcają się, co rodziło w duszy radość, wdzięczność, serdeczną miłość i zjednoczenie z Bogiem.