Skąd Zgromadzenie Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana ma pewność, że jego najwyższym Opiekunem – Patronem – jest Bóg Ojciec?
W Żytomierzu na Wołyniu w 1919 roku Jego Ekscelencja Ks. Biskup Ignacy Dubowski polecił mi pisać konstytucje dla nowo tworzącego się Zgromadzenia.
Gdy trzeba było wyjawić – kto jest tego Zakonu Patronem – zastanowiłam się głęboko, prosząc Pana Boga o światło.
W czasie modlitwy przyszła mi myśl, że najwyższym Opiekunem Zakonu Boskiej Duszy Chrystusa Pana może być tylko Bóg Ojciec!
Gdy podzieliłam się myślą moją z panią Antoniną Sawaniewską, u której mieszkałam przy kościele czasowo, pokiwała zagadkowo głową mówiąc: „Nie wiem, czy Władza Duchowna zezwoli uważać Boga Ojca Patronem”.
Na chwilę przykro mi się zrobiło na myśl: „Czyżby głos wewnętrzny mnie mylił?!…”
Lecz nie, Bóg Ojciec zaraz, a i w następnych tygodniach żywo upewniał mnie, iż rzeczywiście On jest Patronem, czyli Najwyższym Opiekunem Zakonu Boskiej Duszy, ponieważ często natarczywie powtarzałam: „Mój Boże, czym ja dowiodę Władzy Duchownej o prawdziwości Twej Bosko Ojcowskiej Woli?!…”
Najlepszy Bóg uspokajał mnie słowy:
„Dam tak skuteczny znak, że nikt nie będzie przeczył, że tego żądam!…”
W listopadzie o trzeciej godzinie w nocy, rozległ się żałosny kościelny dzwon, zwiastujący jakieś nieszczęście. Obydwie panie Sawaniewskie, służąca i ja, wielce spłoszone nie wiedziałyśmy, co począć. Wkrótce dowiedziałyśmy się, że wszystkich kapłanów zaaresztowano i uwieziono, dokąd nie wiadomo!
O godzinie szóstej strwożona wyszłam do kościoła, który znajdował się tuż. Zatrzymana przez żołnierza, odpowiedziałam, iż idę do kościoła. Pozwolił mi iść, lecz kazał pozostać jak długo będzie rewizja. W zakrystii spotkałam prałata staruszka, otoczonego gromadką wiernych, który jeden pozostał z kapłanów katedralnych.
Gdy znalazłam się przed tabernakulum , podziękowawszy Panu Jezusowi serdecznie za Bytność Jego wśród nas, pytałam zaniepokojona, co to wszystko ma znaczyć?!… Pan Jezus z dziwnie zagadkową słodyczą uspokajał mnie mówiąc, iż żadnemu kapłanowi nic złego się nie stanie, a wszystko to potrzebne dla dobra dusz, a i dla Boskiej Jego Sprawy!
Zdziwiona myślałam, co za związek może mieć aresztowanie kapłanów z Dziełem Jego Boskiej Duszy?!…
Jednak uspokoiłam się zupełnie, bo zagadkowe powiedzenie Pana Jezusa udzieliło mi Bożego pokoju oraz pewności, że kapłani nietknięci powrócą wkrótce.
Po kilku dniach strapienia starsza Pani Sawaniewska powróciła z miasta z radosną nowiną, iż wszyscy kapłani powrócili z więzienia.
„Dlaczego Ich zaaresztowano, mówiła, nie wiadomo. W ciągu tych dni kapłani przebywali ze skazańcami, z których 23ch rozstrzelano!”
W dalszym opowiadaniu dodała: „Jeden z więźniów skazanych na śmierć uciekł cudem w bieliźnie pomiędzy zlewami i zaroślami, podczas gdy drugiego, nazwiskiem d’Ersewil – rozstrzeliwano!!” W tymże momencie usłyszałam wewnątrz: „Ten człowiek jest ocalony dla ciebie… dla was… dla Mojej Boskiej Sprawy!…”.
W pierwszej chwili niezmiernie ucieszyłam się tajemniczą wiadomością, lecz zaraz żal mi się zrobiło skazańców, a szczególnie pana d’Ersewila, który w naszej fabryce był biurowym pracownikiem. Powyższe wiadomości wywołały we mnie wielki zamęt, a nawet podejrzenie.
„Czyż to być może, myślałam, żeby tego rodzaju okropne sprawy służyły Dziełu Bożemu i naszemu dobru?!…”.
Niedowiarstwo moje spowodowało straszne zamieszanie w duszy. Zdawało mi się, że chyba ja sama wmawiam w siebie te niby od Pana Jezusa usłyszane słowa.
Uczułam do siebie okropny wstręt, a nawet żal do P. Jezusa, iż w służbie Bożej staję się maniaczką, wpadającą w dziwaczne złudzenia, a On na to pozwala!
„Po cóż mi to wszystko, myślałam wzburzona, i czym się to wszystko skończy, jeżeli dalej będę tą „niezwykłą drogą” kroczyła do wieczności?!…
Widać mania wielkości owładnęła mnie!…
Gdzieżby Pan Bóg tak wciąż z kimś obcował i czynił podobne rzeczy „dla nas”, „dla mnie”, „dla Sprawy!” – którą co prawda nie sama podjęłam, a Bóg mi zlecił mam na to jasne dowody!…”.
Powtarzałam zrozpaczona, broniąc się przed nawałnicą duchową.
Zamieszanie tak dalece owładnęło mną, że chciałam całą Sprawę Najśw. Duszy zrzucić ze siebie, a powrócić do życia przyziemnego, bez odpowiedzialności tego rodzaju, jakie prowadzą miliardy dusz, którym w tej chwili zazdrościłam.
To ciężkie przeżycie, choć zaledwie kilka minut trwało, głęboko odbiło się na wyglądzie moim, gdyż moja zakonna współsiostra – panna Żurowska spojrzawszy na mnie z przerażeniem pytała: „Co ci jest Zosiu, że tak strasznie zmieniona jesteś!!…”.
Nie chciałam jej zdradzić swoich przeżyć, zaś P. Żurowska myślała, że przed chwilą usłyszane wieści takie przygnębiające na mnie wywarły wrażenie, więc dała mi spokój.
Wtem usłyszałam wewnątrz dobrze mi znany głos pełen pokoju i słodyczy:
„Najmilsza moja, czemu wątpisz w Moje słowa, poddając się tak krzywdzącym Mnie pokusom, które sama wzniecasz, zadając sobie bezpodstawne cierpienia?!… Niezadługo przekonasz się o prawdziwości słów, że pochodzą one od Wszechmocnego Boga!”.
W mgnieniu oka burza ucichła, wszelkie podejrzenie pierzchło, zaś radość z wyczucia Boga w duszy napełniło głębie jej!
Zaraz z zapałem opowiedziałam o wszystkim P. Żurowskiej, więc znowu zapanowała u nas atmosfera miła, pełna pokoju, szczęścia, ufności i wiary w wielkość Bożego Dzieła!
Jedno odniosłam z przeżycia wrażenie, które mi na całe życie pozostało, że pod ciężkim grzechem nie wolno mi wątpić w Bytność Pana Jezusa we mnie, a o którą Panu Jezusowi najgłówniej się rozchodzi, i nade wszystko mam o nią dbać, oraz niezachwianie wierzyć w posłannictwo Boże!
Lekceważąc łaskawością Boga, mogę nie tylko siebie zatracić na wieki, lecz sprowadzić straszne skutki kary na ludzkość, dla której Bóg przygotowuje nowe zbawcze Dzieło, by ją upadłą wyprowadzić na drogę odrodzenia, pokoju i szczęścia ze zjednoczenia z Nim!