Dn.16. XI, we wtorek, o godzinie drugiej w nocy, po żarliwej modlitwie i skromnym śniadaniu, wyruszyliśmy wozem, parą koni z naszym przewodnikiem z pewnym natężeniem w drogę, by nas nikt nie zatrzymał. Gdy wyjechaliśmy na główną otoczoną pięknym lasem szosę, minąwszy koszary wojskowe, odetchnęliśmy swobodnie, zatapiając się w porannych modlitwach, by Najwyższemu Panu nieść dziękczynną cześć i chwałę.
O! jakże niezwykłe były w owej późnej nocy przeżycia wśród żywej przyrody, a nieco zamglonego już powoli gasnącego gwiaździstego nieba. Starałam się z uwagą odmawiać każdą modlitwę, by były szczerym wyrazem miłości i czci dla tak dobrego Boga, Który wyraźnie dawał wyczuć obecność Swoją w duszy – wypełniając ją niewysłowionym szczęściem. Przy odmawianiu Różańca świętego czułam, że należymy jako najbliższe członki do Świętej Rodziny, będąc Jej rozszerzeniem. Bowiem niesiemy w duszy Tegoż żywego Najdroższego Jezusa Boga, który tak stanowczo żąda, by w świadomości całego rodzaju ludzkiego obudzić tę życiodajną prawdę, że On przyszedł po to na ten świat i stał się jednym z nas – Bratem, by ukrywszy się pod postacią chleba, mógł do nas co dzień przybywać, a mając warunki życia w nas, mógł Byt Swój w nas utrzymywać i przez nas działać! Gdyż chce żyć, ach! jak wszechwładnie żyć w nas, jako w swoich ukochanych mistycznych członkach, świadomie dla nas, wespół z nami!!… By to życie nasze stawało się nie tylko podobnym do Jego życia, lecz stało się Jego życiem w nas!
Miałam wrażenie, że cały świat zdobędę dla Jezusa żyjącego w nas! Przeświadczona byłam, że tak musi się stać, żeby Pan Jezus żył w nas, a nie pozostawał tak bardzo przez wieki osamotnionym, nieznanym w swych członkach i zapoznany przez nich w nich! bo wciąż mi o tym mówił i żalił się, że niestety tak jest! Inaczej straszne życie nastąpi w świecie, zapowiadał, gdy żądania Jezusa będą pominięte! Nic! zgoła nic nie zdoła zmienić rodzaju ludzkiego tylko On Jezus – Żywy i żyjący w nas, którego każdy świadomie nosząc w sobie, będzie dla Niego wraz z Nim żył, ciesząc się potęgą Jego w nas w działaniu codziennym, która świat odmieni!
O! jakaż wiara biła w duszy mej! – jaka ufność, że Polska rzeczywiście stanie się wielką, gdy Mistrzem jej oraz Życiem będzie Bóg-Człowiek! A Duchowieństwo żyjąc szczerze tajemnicą Bytowania Boga Człowieka w nas, stanie się ewangeliczną solą całej ziemi, wnosząc Chrystusa Pana w dusze, by żyły Nim w Nim z Nim dla Niego jak On!
Radość Jezusa i całej Trójcy Przenajświętszej z przyswojonej prawdy rozpierała mi duszę, więc tak chętnie skupiona wdychałam ze świeżym powietrzem porannym atmosferę Ducha Bożego i wchłaniałam Życie Boga, Który dziwnie promieniował we mnie, tak, że zdawało mi się, że cały świat dusz już ogrzewa On przewspaniałą prawdą! Czułam wciąż, że Pan Jezus o przyjęcie tej prawdy i wyświetlenia jej ludzkości prosi i żąda od Kościoła Nauczającego, polecając bym ją prędzej przedstawiła.
Jadąc w skupieniu niewiele mogłam nawet dzielić się myślami z towarzyszkami swymi, bo słowa były czymś gruboskórnym do ujęcia tego, co duchowo przeżywałam. W chwili, gdy poranne światło zalewało ziemię i czas był ku temu, by się pokrzepić, nabrałam nieco chęci do mówienia, poniekąd żałując opuszczać świat ducha, który wprowadził mnie w zupełnie inną dziedzinę życia! To przyziemne życie z wadami natury ludzkiej, z którymi wciąż u siebie i u innych stykać się i walczyć, nawet na tym wozie, którym jechałyśmy, dało się we znaki, bo P. Żurowska czuła żal do mnie, że nic nie mówię co przeżywam – a chciała zawsze zaraz wiedzieć o wszystkim, niby z wielkiej miłości do Sprawy. A ja, choć zwykle tak bardzo lubiłam zaraz dzielić się z tym, o czym dowiedziałam się od Boga, który żyje we mnie nie tylko dla mnie, lecz i dla świata, pozwalał mi nieraz mówić, lecz tym razem, jakby podczas rekolekcji najpiękniejszych, nie miałam usposobienia do opowiadania i tłumaczenia, a chciałam spokojnie wżywać się w Wolę Bożą, w Myśl Boga Mojego! – I tu chwilami rodziły się „kwasy”, które mnie irytowały, tym sposobem uprzytomniając, że żyję tu na ziemi wśród ludzi, z którymi trzeba uczyć się współżyć dla Boga.
Może zbyt obszernie opisuję wewnętrzny nastrój, jaki towarzyszył mi w podróży, bo nie opisuję historię mego życia, a ujawniam prawdziwość Patronatu Boga Ojca nad Zakonem Boskiej Duszy Chrystusa Pana. Lecz czuję, że właśnie Bóg chce tego, by Władza Duchowna wiedziała, z czym jechałyśmy do Polski, jako wysłanki Boże i jakie Dzieło i w jaki sposób Ojciec Niebieski osłaniał swą przedziwną osobistą pieczą!
Wiele ciekawych momentów przeżyłyśmy w tej podróży, lecz krótko mówiąc, o godzinie drugiej po południu znaleźliśmy się w izbie u wiejskiej samotnej starej panny imieniem „Magdalena”, która przypominała zewnętrznym wyglądem „czarownicę”.
Ufałyśmy Panu Bogu, że nic złego nas od niej nie spotka. Co prawda starała się ona usłużyć jak najlepiej, lecz wieczorem zebrało się dziewcząt i chłopców z połowę wsi, których ona ugaszczała pestkami z dyni, prowadząc puste rozmowy. Trwała ta „miła” towarzyska zabawa do 11 w nocy – gdzie P. Żurowska z dziewczętami mile rozmawiała, no i ja zmuszona byłam to samo czynić, choć wcale mi nie do tego było. Po czym rozeszła się „wesoła młodzieżowa kompania” i mogłyśmy nareszcie ułożyć się do pożądanego snu, w dwóch czysto uścielonych łóżkach.
Dn. 17/XI. we środę o godzinie drugiej w nocy znowu trzeba było wstać i wyruszyć w dalszą drogę, już z innym gospodarzem, który parą koni nas wiózł do Zwiachla ze swoim towarzyszem. Późno wieczorem dla wypoczynku koni, musieliśmy się zatrzymać w karczmie w dwóch pokojach, gdzie na podłodze w brudnej słomie, ułożyłyśmy się w ubraniu nawet wierzchnim, po herbatce i swoim prowiancie, smacznie spożytym.
W drugiej izbie kilku chłopów z żydami przy szynkwasie przyciszonym głosem rozprawiali o zaszłych wypadkach, tak, że trudno było zdrzemnąć.
Modląc się dziękowałyśmy Bogu za wszystko, wszystko, bo wiedziałyśmy i czułyśmy, że wiedzie nas Opatrzna Boska Ręka, więc wszystko, co spotyka jest dla dobra naszego, jak i dla dobra Mistycznego Ciała Chrystusa, który podobne koleje życia często przechodził, a teraz i nam nastręcza, dzieląc się takowymi, byśmy w zasługach Jego ówczesnych, dziś udział brały, przyodziewając się w Jego Boskie Cnoty, bo On żyje w nas!! Każdą przykrość, niewygodę, przeciwność nauczyłyśmy się już znosić według hasła, jakim Zakon Boskiej Duszy ma się kierować: „Cierpieć nie będę, choć będę cierpiała, (to znaczy: kiedy przyjdzie się coś ścierpieć), gdyż nie chcę, byś Ty mój Jezu cierpiał we mnie, a miał w mej duszy słodkie odpocznienie!”
Hasło to zrodziło się przed rokiem (w 1919 r.) [w] tym momencie, kiedy Pan Jezus dyktując mi mówił, że będzie we mnie myślał, będzie działał przeze mnie, będzie przeze mnie kochał Boga Ojca, bliźnich i całą ludzkość, będzie się radował i wiele, wiele innych rzeczy. A w końcu powiedział „i będę w tobie z tobą cierpiał!”
O! gdy to powiedział, stanowczo zaprzeczyłam Panu Jezusowi, mówiąc iż już wszędzie zawsze cierpi i cierpi, a zatem chcę tak ukrycie cierpieć, jakoby nie cierpiąc, by On mógł swobodnie Sprawę Swoją przeze mnie przeprowadzać, nie licząc się ze mną, iż coś mnie może będzie bolało. Bo chcę znosić wszystko sama przed [sobą] w ukryciu – prawie że nie wiedząc nawet, że cierpię! Wówczas, uważałam, Pan Jezus będzie mógł Dzieło Swoje przeprowadzać radośnie bez oglądania się na mnie i współcierpienia ze mną, bo już dosyć nacierpiał się przeze mnie i przez innych w całym rodzaju ludzkim!! „Po prostu nie chcę mój Jezu, mówiłam zapalona być Ty cierpiał we mnie!”
Panu Jezusowi bardzo podobało się moje stanowisko wobec cierpień, jakie przyjdzie się mi znieść, dźwigając Sprawę Jego. Toteż przyjął mile moją gotowość i cieszył się niezmiernie z mojej szczerej ofiary, niesienia Mu Siebie w posługach bez zastrzeżeń! Dlatego to powiedzenie moje służyło i służy Zgromadzeniu za hasło, które dusze uodpornia w zajmowaniu się sobą i tym, co nas spotyka i zapala do heroizmu, o który dziś tak bardzo trzeba dbać, by nie stać się oziębłym, tchórzliwym, gnuśnym, kiedy „nie ma kącika bez krzyżyka!” Więc trzeba uczyć się nosić i znosić je z chlubą w duszy, a nie z ciągłym obmierzłym narzekaniem, czyniąc ze wszystkiego sobie urojone „krzyże”, co bardzo boli Duszę Chrystusa Zbawcy, a dusze i ich otoczenie przygnębia i zniechęca.
Trzymając się powyższej zasady, dziękowałyśmy serdecznie i za ten nocleg w karczmie i za wszystko co przy innym poglądzie wydałoby może skutki przeciwne, mogące sprawić przykrość Panu Jezusowi. Zaś uśmiechając się do Pana Jezusa i dziękując Mu, że On pierwszy takie warunki miał często w swojej drodze zbawczej, którą dla nas ponosił, mile przypominała się nam Jego ofiara. Toteż duch był radosny, ochoczy –myślę, że naprawdę miły i podobał się Bogu. Bo choć nie jest naszą zasadą upraszać sobie jak najwięcej cierpień dla chwały Boga, lecz za to przyjmować chętnie i jak najdoskonalej znosić cierpienia, jakie dzień każdy nam nastręcza, w duchu pokuty i wynagrodzenia za własne czy świata całego grzechy, lub też jako małe wypracowania duchowe.
Tymczasem z doświadczenia widzimy, że wydaje ono nad wyraz dobroczynne skutki w duszach, gdy wiernie trzymają się tej zasady. Gdyż wszelkie narzekania i pokusy do niego niknie w duszy, bo wstydzi się ona siebie i Boga. Jest bardzo ważne, gdyż Bóg swobodnie może potęgować Swego dobroczynnego, ofiarnego ducha, kształtując go w nas we wszystkich okolicznościach życia.