Dopóki bolszewikom „powodziło się” w czasie szalonego zbliżania się do Warszawy, „lokatorzy” nasi, a i towarzysze ich choć licznie zbierali się w ogródku, debatując nad zwycięstwem, nie byli niebezpieczni. Lecz z chwilą doznanego pod Warszawą „cudu nad Wisłą” co sprawiło cofanie się w popłochu, wszyscy bolszewicy jakby porażeni z okrutną złością odgrażali się Polakom.

Nie chcąc narażać się, postanowiłyśmy zamieszkać w oddaleniu od centrum miasta, w domu zmarłego brata przy ulicy Cmentarnej, gdzie jedną połowę domu zajmowała bratowa, a druga była wolna.

Tak minął od listopada 1919 do października 1920 ciężki wojenny rok! Lecz był to zarazem błogosławiony dla mnie rok w działaniu Bożym i niezmiernie bogaty w przedziwne łaski widzeń oraz zjednoczenia z Chrystusem Panem żyjącym we mnie, co właściwie było siłą w tworzeniu Zakonu Boskiej Jego Duszy, który On zakładał.

Ponieważ Pan Jezus naglił, by sprawę Jego Duszy posuwać naprzód, gdyż od wprowadzenia jej w Kościół Święty, jak wciąż mówił „uzależnione jest panowanie Boga nad światem!” –  zamierzałyśmy przedostać się do Polski. Jednak bez wyraźnego znaku z Nieba nie decydowałam się wyruszyć w drogę, bo były wówczas bardzo obostrzone stosunki polityczne.

W październiku pewnego dnia po Mszy świętej, gdy modliłam się w głównej nawie, ujrzałam powyżej grupę świętych.

Na pierwszym planie stał święty Ignacy Loyola, założyciel O.O. Jezuitów żywo zachęcając mnie do powzięcia podróży bez najmniejszej obawy, zapewniając, iż przy Bożej Opiece nic złego nam się nie stanie, a już czas by przedstawić Sprawę Kościołowi.

Na drugim planie stała święta Teresa reformatorka Karmelitanek Bosych, święty Franciszek Salezy, dalej znajdowały się założycielki polskich zgromadzeń. Wszyscy serdecznie zachęcali mnie do wyjazdu. Pobudzona z Nieba do powzięcia tak niebezpiecznego kroku, już nie wahając się zdecydowana byłam na natychmiastowy wyjazd.

Ledwie wyszłyśmy za mury kościoła, przystanęłyśmy wszystkie trzy na wąskiej odludnej ścieżce, gdyż będąc pod wrażeniem przepięknego widzenia, gdzie tyle uczułam miłości oraz życzliwości Świętych dla Sprawy i dla nas, śpieszyłam opowiedzieć o wszystkim, zapalając współsiostry do najszybszego zrealizowania planu wyjazdu. Nim wróciłyśmy do domu przy ul. Cmentarnej, plan podróży był już omówiony, a mianowicie: kobietę, która nam dostarczała żywność wtajemniczyć w plan wyjazdu, by przez swoich krewnych ułatwiła nam podróż do Zwiachla, gdzie wówczas była granica i znajdowało się wojsko polskie, a stamtąd do Korca, skąd już pojedziemy może koleją do Łucka. Co w dwóch tygodniach wszystko było przygotowane.

W tym czasie przedstawiłyśmy plan podróży Ks. Proboszczowi, który nie chciał z początku zgodzić się, tym bardziej, że nie miałyśmy przepustek. Dowodziłam, że jeżeli to Sprawa Boża, w co wierzymy niezachwianie, nic nam złego nie stanie się, a o ile nie, to niech zginiemy, bo już dosyć na świecie herezji i głupstw, które Kościołowi i Chrystusowi Panu krzywdy wciąż wyrządzają!

W końcu Ks. Proboszcz Fedukowicz dał się przekonać. Napisał na małym skrawku papieru z obawy kilka słów zaświadczenia do Proboszcza w Zwiachlu, pobłogosławiwszy nas na drogę.

Na dwa dni przed wyjazdem, kiedy rzeczy nasze były rozłożone, bo decydowałyśmy, które zabrać ze sobą, które pozostawić lub darować i stąd był wszędzie bezład, wbiega służąca z wieścią, iż w drugiej połowie domu u bratowej czterech bolszewików robią rewizję i rekwirują rzeczy.

O! co za niemiła niespodzianka i to w takiej chwili!! Strwożona zwróciłam się do Boga Ojca i do Pana Jezusa z gorącą prośbą o opiekę. Zaraz usłyszałam błogi głos: „Nie bój się, oni tu u was nic nie ruszą! Pamiętaj zachowuj równowagę wierząc niezachwianie w Bożą Opiekę!”

I rzeczywiście – obeszli wszystkie trzy pokoje i choć tyle rzeczy leżało na wierzchu oraz paka z zapasem prowiantu na zimę była otwarta, do której zaglądali, jak i do kufra z naszymi rzeczami, do szafy, w której dwa piękne płaszcze moich siostrzenic wisiały, jednak nic nie ruszyli. A gdy jeden z nich wziął do ręki koc i nasza kandydatka[1] prosiła, by jej nie zabierał, bo ona biedna, upewnił ją marynarz, który był z nimi; „My tutaj u was nic nie ruszymy!” A więc nijako powtórzył słowa Pana Jezusa, przed chwilą do mnie wyrzeczone. Zapytali tylko, który kufer z rzeczami należy do zmarłej staruszki (bo bratowa im o nim mówiła) ten zabrali.

Pod oknem na stosie leżały śliczne gruszki i jabłka – ani jedno nie ruszyli! Zaś w kuchni na piecu dojrzewały nadpsute pomidory, te wychodząc jedli łapczywie. Z tego widać było, że Pan Bóg nie pozwolił im niczego tknąć u nas, po prostu nic nie widzieli, co by mogli wziąć! Gdyż na łóżku leżały skunksy, bobrowa czapka przykryte serwetą i gdy P. Żurowska oprowadzała rekwirujących po pokoju, jeden zapytał: „A tam, co leży?” odchyliła serwetę mówiąc: „Proszę!” – sama zdumiona nic nie widziała na tym miejscu, przypuszczając, że inna Siostra schowała skunksy.

Gdy bolszewicy opuścili nasz dom, władowawszy na fiakra kufer nieboszczki, zarówno pobrane rzeczy u bratowej, między innymi i futro jej męża, który pełnił służbę jako wyższy urzędnik leśnictwa i błagała, by zwrócili to futro, zatrzymując koła dorożki, dostała batem po plecach. Widząc to wszystko, przykro nam wielce było, lecz z drugiej strony podziwiałyśmy opatrzność Bożą nad nami.

Lecz jeszcze bardziej zdumiałyśmy, gdy w tym czasie P. Żurowska wydała w przyległym pokoju okrzyk. Okazało się, że skunksy leżały na dawnym miejscu, lecz były nie tylko dla bolszewików niewidzialne, ale i dla niej!

Tak stwierdzał Bóg prawdziwość swego Patronatu nad nami, budząc w nas wiarę, ufność bezgraniczną i odwagę do powzięcia podróży w tak niebezpiecznych czasach!

[1] Kandydatką tą była Antonina Łączyńska. Por. Antonina Łączyńska, List do Sióstr Zgromadzenia Najświętszej Duszy Chrystusa Pana, Piła 14 luty 1967 r.